Wycieczka po Centrum Spotkania Kultur

 //  Projekt: Sprawy organizacyjne

17 grudnia 2015 odbyła się wycieczka FKP po Centrum Spotkania Kultur odbyła się na zaproszenie jego projektanta Bolesława Stelmacha. Dziękujemy Twórcy za tę możliwość, a Gospodarzom za zapewnienie opieki i udostępnienie gmachu w fazie wykańczania i wyposażania. Po zwiedzaniu poszliśmy na kolejne regularne ale tym razem wyjątkowe spotkanie FKP, o czym w osobnym poście.

Było nas ok. 20 osób, zwiedzaliśmy 2,5 h. Wycieczka odbyła się wieczorem przy stłumionych światłach, więc budynek nie odkrył przed nami wszystkich swoich tajemnic, a jego zwiedzanie przyjęło nieco oniryczny charakter, co miało swoisty urok.

Architekt (należący do FKP) pokazał nam, w jaki sposób potraktował upływ czasu jako tworzywo byłego Teatru w Budowie, pozostawiając w wielu miejscach oryginalne ceglane mury, które wzniesiono za PRL-u, oraz jak uzupełniał tę tkankę współczesnym betonem, specjalnie zaprojektowanym wyposażeniem czy pozbawionymi stelaży szklanymi barierkami.

Dzięki takim zabiegom Centrum Spotkania Kultury niewątpliwie zachowuje charakter budynku „w budowie”, ale jednocześnie tę budowę definitywnie kończy, co pozostawia odbiorcom wiele niedomówień i miejsca na własne interpretację. Może ktoś uznać ten budynek za ewidentnie niedokończony lub za architekturę przemyślnie „zatrzymaną w ruchu”; za przykład stylistycznego brutalizmu albo lapidarium socjalistycznej gigantomanii. Ze względu na swoją postindustrialną estetykę (czasem bliższą pofabrycznej rewitalizacji niż „szkatułce” sztuki wysokiej), CSK z pewnością zachwyci młodsze pokolenie wychowane na „Gwiezdnych Wojnach” czy grach komputerowych, które lubi rzucać wyzwania swoim gustom i wyobraźni. Bez wątpienia będzie to miejsce prowokujące (a może nawet prowokacyjne?) jak na sztukę współczesną przystało, które wprowadzi trochę świeżego powietrza do naszego ambitnego ale obciążonego prowincjonalną zachowawczością otoczenia.

Wrażenia ze zwiedzania przesłane na Forum:

Paulina Zarębska-Denysiuk, Zachęta:

Mało mamy dobrej architektury współczesnej w Lublinie, ta do takich się zalicza. […] Trudno dziś mówić o funkcjach budynku CSK ponieważ dopiero praktyka to zweryfikuje, niezależnie od pierwotnych założeń. To o czym można pisać – to tak naprawdę o poezji, filozofii i estetyce. To właściwie poemat o przestrzeni. Czasem pokawałkowanej, raz przeciętej innym razem wyolbrzymionej. Tak – przypomina miejscami katedry gotyckie, gdzie przestrzeń grała istotną rolę. Ale wąskie i wysokie przejścia kojarzą mi się też z piramidami egipskimi. To przestrzeń czekająca na zdarzenie, które niebawem tam zagości, mikrokosmos miejski. Wrażenie to wywołuje meandrowa struktura budynku. O tym pojawianiu się czegoś za narożnikami pisała Ewa Rewers w „Post-polis. Wstęp do filozofii ponowoczesnego miasta”. Nie ma tu hal – jest wielopoziomowość i liczne korytarze, schody zawieszone w przestrzeni – nic nie jest jasne i oczywiste. To miejsce realnego zdarzenia, oczekiwania „na”, miejsce zaskoczenia pojawiającego się wraz z nowym widokiem – co chyba dobrze wpisuje się w idee budynku i jego kulturalną funkcję. Kultura nie jest i nigdy nie będzie doprecyzowana – zmienność jest wpisana w jej strukturę.

Z drugiej strony są we wnętrzu CSK wszechobecne rytmy, najdrobniejszy element nie jest pozostawiony przypadkowi. Idealne zestrojenie pionów i poziomów, wpisujących się w prawa perspektywy, co doskonale ujawnia fotografia operująca kadrami. Każde ujęcie jest iście malarskie. […]

I jeszcze o przestrzeni. W budynku CSK istotne wydaje się przenikanie: przestrzeni i materii, światła (nawet w ciemnościach, jest ona bardzo rzeźbiarska) i ciemności. Z jednej strony betonowe ściany, z drugiej przeźroczystości szkła. Poziomy i piony, stykające się linie, zamknięte w kadrach. Trud ujarzmiania materii charakterystyczny dla rzeźbiarzy i architektów, dokonywanie niemożliwego […]. To widać w zmaganiu z materią betonu, w zawieszonych schodach.  Może to godzenie przeciwności, ta walka z materią, to przekraczanie granic, ograniczeń będzie widoczne w dynamice i funkcjonowaniu CSK. Ja widzę w CSK: architekturę, rzeźbę, malarstwo i rysunek.

Ewa Kipta, architekt, specjalistka ds. rewitalizacji:

Po pierwsze: zadziwiła mnie (pozytywnie) swoista „kameralność” wnętrz CSK (nawet sali głównej). To ważne, bo gdyby postawić na monumentalne przestrzenie, to byłoby trudno je wypełnić. A taka pokusa była wpisana w pierwotny projekt. Ta „kameralna” skala wnętrz bardzo skutecznie łagodzi surowość materiałową (o czym później). Ogromna jest właściwie tylko sama scena, ale tylko po to by pomieścić scenografie i inne „bebechy” zaplecza sceny. Tego ogromu nie będzie widać w normalnym funkcjonowaniu.

Po drugie: mimo umiarkowanej atencji do betonu i surowych cegieł, uważam, że w TAKIM obiekcie i TAK użyte będą dobrze spełniać rolę tła dla „zawartości kulturalnej”, która się dopiero pojawi. To jest absolutnie odwrotne podejście niż np. w Muzeum Guggenheima w Bilbao. I dobrze. Tamto muzeum jest faktycznie imponujące, ale stanowi zbyt silną konkurencję dla swojej „zawartości” – wiem, bo byłam. Jest bardziej rzeźbą niż architekturą, a więc raczej eksponatem niż oprawą dla innych eksponatów. W CSK mamy natomiast przestrzeń w której niemal każdy wystawiony obiekt ma szanse „wybrzmieć”, stosownie do własnej wartości, a może nawet mocniej. To samo można chyba odnieść do strojów gości tego obiektu (nie bez racji zdjęcia kolekcji mody robi się w ruinach, na pustyni albo w innych równie surowych miejscach). Czyli nie bardzo się obawiam, że surowość stylistyki CSK obniży loty „reprezentacyjności” jego klienteli. Zresztą, nie trudno sobie wyobrazić wspomniane przez Paulinę podwieszane schody główne, jako doskonałe miejsce do prezentowania wykwintnych, czy odlotowych kreacji. Z kolei ludzie bez dużych aspiracji w tym zakresie nie będą się tu czuli nieswojo.

Po trzecie: pnącza (które z kolei uwielbiam), choć jeszcze ich nie bardzo widać, są tu użyte w bardzo przemyślany sposób, jako radykalny kontrast w relacji do betonu i cegły, wprowadzający miękkość i urozmaicenie na tym samym poziomie ważności (czyli znowu bez konkurencji z „zawartością”). Poza tym pnącza będą znakomicie poprawiać klimat akustyczny przestrzeni komunikacyjnych tego obiektu, zwłaszcza przy większej liczbie jego użytkowników. Psychologicznie to bardzo zwiększa uniwersalność „emocjonalną”: jedni polubią to wnętrze z uwagi na beton, inni z racji pnączy (np. ja). A to ważne, by ludzie mogli polubić ten obiekt. […]

Podsumowując: CSK jest teraz miejscem z ogromnym potencjałem. Nadaje się do prezentacji bardzo różnych nurtów kultury, nie jest uzależnione od samych wielkich eventów (choć stwarza im świetne warunki), a może nawet odwrotnie: jego atrakcyjność zależy od mnogości „małych” wydarzeń wzdłuż Alei Kultur (to jest zasadnicza przestrzeń dla kształtowania żywotności obiektu i bardzo dobrze do tego celu dostosowana) i przy głównych schodach. Czyli sama przestrzeń stwarza warunki uzasadniające nazwę tego miejsca. Spokojna rytmika podziałów, materiały, detale i pnącza stanowić powinny dobre tło dla codziennej i odświętnej oferty. Wiele będzie zależało od systemu informacji wizualnej i dbałości o pnącza. Jeszcze więcej od oferty w Alei Kultur i od zdolności wychodzenia z nią na Plac Teatralny i placyk od strony ul. Skłodowskiej.

Teraz trzeba trzymać kciuki za zarządzających tym obiektem, bo jest on bardzo wymagający. Ale można mieć nadzieję, że okres starań Lublina o ESK 2016 dostarczył im dość inspiracji do tego, by temu wyzwaniu sprostać.

Tekst i fot. Marcin Skrzypek