Tekst Marcina Skrzypka „Lublin 2.0 czyli lato 2020” opublikowany w ZOOM 02/2011, s. 63. Wizja przyszłości stworzona na bazie mobilizacji podczas starań Lublina o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury.

Jadę na rolkach trasą rowerową ze Sławinka nad Zalew. Jest słoneczne popołudnie, więc zamierzam się trochę zmęczyć. Moje dzieci są już na tyle duże, że same się sobą zajmują, dlatego mam trochę czasu dla siebie, a Lublin zachęca, aby nie spędzać go przed telewizorem, w korkach, czy na zakupach. Za dwa lata stuknie mi pięćdziesiątka, ale muszę dbać o kondycję, bo średnia życia w Lublinie jest bardzo wysoka. Trzeba być sprawnym jak najdłużej.

Ta droga, początkowo głównie dla rowerów, wrosła w krajobraz miasta, stając się jego „zielonym salonem”, gdzie każdy lubi się lansować. Dzięki niemu przyjezdni porównują Lublin do drzewa, ponieważ ów salon rozgałęzia się na wszystkie nasze wąwozy, doliny i parki, tworząc alternatywną sieć komunikacyjną. Dlatego jadąc, ciągle wymieniam pozdrowienia z napotykanymi ludźmi – zarówno o pokolenie starszymi jak, i o pokolenie młodszymi ode mnie. Są wśród nich studenci na jednokółkach i dziadkowie kiwający się dostojnie na swoich trajkach jak dziwne, majestatyczne zwierzęta. Ci, którzy nie mogą się już kiwać, jadą rowerami elektrycznymi lub na wózkach. Bo Lublin roku 2020 nie jest miastem ani ludzi starych, ani młodych – jest miastem, w którym każdy znajduje miejsce dla siebie, a młodzież z seniorami żyje w naturalnej, znanej od wieków symbiozie.

Wiele osób korzystających z rowerowej autostrady to przyjezdni. Rozpoznaję ich łatwo, bo bardziej się rozglądają, głośniej rozmawiają; widać, że są to ludzie, którzy biorą udział w jakiejś przygodzie. Po sakwach i lycrowych kostiumach można rozpoznać tranzytowców, którzy podróżują przez Polskę Wschodnią albo inną trasą wzdłuż Wisły do Kazimierza, a z Kazimierza na Pojezierze. Na Lubelszczyźnie sieć pozamiejskich dróg i szlaków jest tak dobrej jakości i tak gęsta, że dochody z turystyki rowerowej w województwie są równe dochodom z turystyki samochodowej. Osoby na rowerach, rolkach i innych pojazdach w dziwnych czasem, niesportowych ubraniach to przyjezdni, którzy skorzystali z oferty LublinRowerem. Polega ona na tym, że przyjeżdża się do Lublina z Warszawy (albo przylatuje z Londynu), zostawia auto na parkingu i wypożycza rower na 2-3 dni, podczas których zwiedza się Skansen, Ogród Botaniczny, Stare Miasto, Centrum Nauki na dawnym Dworcu Północnym PKP itd.

Co jakiś czas mijam place zabaw dla dzieci wspinających się na niebosiężne konstrukcje z lin oraz dla emerytów grających w krykieta, bule i inne egzotyczne gry, których zasad nawet nie znam. Mijam deskorolkowe skate-spoty oraz galerie fotografii i rzeźby na świeżym powietrzu rozmieszczone wzdłuż trasy. Pojawiło się w nich parę nowości. Obejrzę je w drodze powrotnej. Może popatrzę też na capoeirę albo przysiądę się do bębniarzy nad Bystrzycą. Wieczorem schodzą się tam starzy dredowcy, już bez dredów, i kajakarze. Ale – bez szaleństw, bo jutro oprowadzam po Lublinie wycieczkę z Creative Cities European Network.

Przy Młynie Krauzego dojeżdżam do Bystrzycy i skręcam w prawo. Jedyne zabudowania, które rzucają mi się w oczy, to imponująca panorama Starego Miasta. Mimo to, czuję się tu jak w centrum, choć jest to bardzo dziwne centrum – woń. nargilli i grilla miesza się w nim z zapachem koni, bo przecież wzdłuż Bystrzycy biegnie również trasa spacerowa Lubelskiego Klubu Jeździeckiego. Na wysokości Parku Unii Lubelskiej, czyli dawnego Stawu Królewskiego oddala się ona od rzeki. W tym miejscu mamy jedyny „dziki” odcinek doliny Bystrzycy – dla wędkarzy. Po przeciwnej stronie rzeki, w jednym z zielonych amfiteatrów widzę grupę czarnych postaci otoczonych kolorowym wianuszkiem publiczności. To klerycy z seminarium i młodzi Żydzi z jesziwy rozprawiają o Abrahamie. Spotkania te są częścią projektu mającego na celu napisać ciąg dalszy historii polsko-żydowskiego Lublina w oparciu o nieznane kiedyś pojęcia ekumenizmu i dialogu międzykulturowego.

Lublinianie mają niezwykle silne poczucie tożsamości lokalnej, dlatego bez szkody dla siebie ochoczo korzystają ze wszystkiego, co im przynosi świat. Wszystko się tu ze sobą spotyka, ale nic nie miesza. W kilku węzłowych punktach trasy zanurzam się w obłoki zapachów z knajpek serwujących potrawy z różnych stron świata. Tam jest najgłośniej – gwar i wszystkie rodzaje muzyki, ale nigdy z radia, bo to by było w bardzo złym guście. Na pozostałych odcinkach trasy panuje cisza, która w Lublinie traktowana jest jak dobro publiczne.

Magisterkę pisałem z dziewiętnastowiecznej amerykańskiej utopii i kiedy przypomnę sobie, jak w Lublinie było dawniej, to jadąc teraz wzdłuż Bystrzycy czuję się trochę jak bohater jednego z takich utopijnych tekstów. Ale Lublin jest już teraz innym miastem. Złapał wiatr w żagle i wziął kurs na własne Wyspy Szczęśliwe. Tak w skrócie można opisać to, co w nomenklaturze naukowej nazywa się dziś „efektem Lublina”.

Właściwie nie wiadomo, kiedy i jak zaczął się ów Przełom. Być może wtedy, kiedy powołano pięć Strategicznych Grup Roboczych – „think tanków” mających rozwiązać kluczowe problemy Lublina. Pierwszy z nich miał za zadanie definiować te problemy, zbudować wśród mieszkańców poziome struktury wymiany doświadczenia i wiedzy oraz koordynować współpracę rozmaitych organizacji i komórek miasta – od Urzędu Miejskiego i Marszałkowskiego, przez stowarzyszenia i uczelnie, po domy kultury. Potem powstały następne grupy, które zajęły się kolejno: problema­mi przestrzennymi, kulturą, edukacją, problemami społecznymi oraz biznesem. Zaczęły one opi­sywać przestrzeń uwarunkowań – wewnętrznych i zewnętrznych, pozytywnych i negatywnych – w jakich funkcjonował ówczesny Lublin, ukazując możliwe scenariusze rozwoju wypadków.

Najważniejszych odkryć dokonywano i główne decyzje podejmowano jednak w podgrupach interdyscyplinarnych na styku tych tematów. Okazało się na przykład, że działania kulturalne mogą rozwiązać niektóre problemy społeczne i gospodarcze, a pewna doza edukacji plus głosy mieszkańców w wielu sprawach mogą wyręczyć specjalistów od przestrzeni. W pierwszej ko­lejności zaczęto ściągać wszystkie najlepsze rozwiązania ze świata. Stopniowo jednak nauczy­liśmy się myśleć samodzielnie, dostosowując pomysły do własnej specyfiki i własnych marzeń.

Powszechnie uważa się, że głównym napędem Przełomu były przemiany społeczne. Mieszkańcy Lublina w pewnym momencie zaczęli się integrować i współpracować. Podobnie, jak to się dzieje w Internecie, w prawdziwym życiu miasta zaczęły się tworzyć sieci kontaktów i wymiany opinii między ludźmi i środowiskami, które wcześniej zajęte były wyłącznie swoimi sprawami i narzekaniem. Ludzie ci stopniowo zaczęli się nawzajem zauważać i odkrywać, że mogą mieć realny wpływ na miejsce swojego życia, a następnie, że to właśnie do nich zależy wywieranie tego wpływu. Idea współodpowiedzialności za „Małą Ojczyznę” i solidarności przestały być martwymi frazesami i hasłami wyborczymi. Odpowiedzialność i poczucie sprawczości stały się źródłem nieznanej dotychczas w Lublinie energii, która trysnęła jak woda ze studni artezyjskiej.

Nigdy by się tak nie stało, gdyby nie hasło „Europejska Stolica Kultury”, które przez parę lat kierowało myśli mieszkańców w górę ku dumnym i dalekosiężnym celom i zmuszało do pracy u podstaw. Bez ambicji starań o ten tytuł wizje rozwoju miasta pozostałyby na bardzo przyziemnym poziomie, a w najlepszym razie byłyby zlecane zewnętrznym firmom, z opracowaniami których ostatecznie nikt się przecież nie utożsamiał. W czasie starań o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, ale też i później lublinianie mogli rozejrzeć się po świecie, a goście ze świata przekazać nam swoje doświadczenie. Zobaczyliśmy, jakim zaściankiem, jakim Obrzydłówkiem – wprost z „Siłaczki” Żeromskiego byliśmy i co trzeba zmienić. Rozpoczął się bolesny etap ewaluacji dotychczasowych działań i postaw, a następnie wypracowywanie nowych kryteriów oceny, które w wielu obszarach właściwie wcześniej nie istniały lub były dość prymitywne. Zaczęliśmy zmieniać nasze fundamentalne status quo.

Nigdy by się tak nie stało, gdyby te wszystkie środowiskowe sieci kontaktów nie uzyskały własnej tożsamości, którą zaczęto nazywać „Lublinem 2.0” – czyli czymś w rodzaju zupełnie nowej „wersji” Lublina, która powoli zaczęła przerastać tę „starą”. W pewnym momencie zauważono, że wśród mieszkańców miasta znajduje się kilkusetosobowa grupa, która jest niezależna od wyborczych kadencji i która dysponuje niezwykle rozwiniętą wiedzą, dojrzałością obywatelską i kulturą. Grupa ta stawała się coraz liczniejsza, coraz bardziej opiniotwórcza, kompetentna i sprawna w działaniu, stając się swego rodzaju zbiorowym autorytetem, sumieniem i społecznymi „siłami szybkiego reagowania”.

Dziś polityka nie odgrywa w Lublinie już żadnej roli. Radni i prezydenci dalej należą do jakichś partii, ale jeżeli się z tym afiszują, to tylko po to, aby pokazać, że są zdolni do ominięcia partyjnych podziałów, swarów i niejasnych gier interesów. Współpraca ponad podziałami stała się powodem do chwały i naszym lokalnym specialite de la maison. I to dosłownie, bo nawet w lubelskich restauracjach podaje się przecież „lubelski talerz”, który jest kucharskim popisem, jak pogodzić odległe lub sprzeczne ze sobą smaki i produkty.

Gdybym miał ustawić w łańcuchu przyczynowo-skutkowym pojęcia czy też zjawiska, które doprowadziły do tego, czym Lublin jest dziś, zaproponowałbym taki szereg: zaufanie, edukacja, współpraca. Nie przemysł, nie inwestorzy, nie autostrady. To wszystko okazało się wtórne. Zaufanie pojawiło się, kiedy ludzie uznali wzajemną troskę i szacunek za wartości kardynalne i zaczęli wyznaczać sobie związane z nimi cele. Zaczęli się uczyć opisywać swoje potrzeby, a następnie je hierarchizować i waloryzować. Edukacja pojawiła się zaraz potem, jako naturalna konsekwencja dążenia do ustalenia jak najbardziej optymalnej hierarchii potrzeb i jak najmądrzejszego planu ich zaspokajania. Towarzyszył temu bezprecedensowy wzrost poczucia satysfakcji życia. Mieszkańcy poczuli na własnej skórze, co to znaczy „przekroczyć próg nadziei” – nadziei, że będzie lepiej. Miało to miejsce jeszcze przed wyraźnym wzrostem zarobków i napływem inwestycji gospodarczych. A kiedy spotkały się te pierwsze dwa „żywioły” – zaufanie i edukacja – rozpoczęła się współpraca.

Taka była ogólna zasada, która działała z jednakową mocą w każdym kontekście decyzyjnym: czy chodziło o bezrobotnych, studentów, artystów, inżynierów czy bezdomnych i turystów. Jak się okazało, główną barierą, która wcześniej istniała, była niemożność docierania do istoty problemów, do ich definiowania. Pierwsze skrzypce grały rozmaite animozje czy brak wiary w dobra wolę drugiej strony a także „myślenie resortowe”, czyli działanie poszczególnych struktur – wydziałów, uczelni, urzędów – jakby ktoś je umieścił w oddzie­lonych od siebie silosach. Kiedy przestano się siebie bać i doceniono pożytki z wzajemnych kontaktów, kiedy zaczęto poprawnie definiować problemy, rozwiązania pojawiły się same, a moc racjonalnych argumentów obnażała każdą nieszczerość i manipulację. Brak środków z powodzeniem kompensowała zaś synergia. Łatwiej było pogodzić się z ograniczeniami materialnymi, kiedy efekty mnożyły się przez właściwą konfigurację działań.

Zmiany te widać również w życiu codziennym. Bardzo często ludzie z zewnątrz zwracają uwagę, że rozmowa czy dyskusja dwóch osób pochodzących z Lublina wygląda tak, jakby mieli oni ze sobą kontakt telepatyczny. To oczywiście złudzenie, ale faktem jest, że w sytuacjach towarzyskich osoby z Lublina czasem rozsadza się, gdyż kiedy zaczynają ze sobą rozmawiać (a lubią to robić), reszta osób przestaje nadążać i się nudzi.

Nietrudno wyobrazić sobie, że w tej sytuacji każdy problem – czy to „twardy”, inwestycyjny, czy „miękki”, kulturalno-edukacyjny – rozwiązywany jest w Lublinie w sposób prawie najlepszy z możliwych. Z tego też powodu Lublin nie ma żadnych problemów z naborem studentów. Każdy młody człowiek chce mieć w CV notkę, że studiował w Lublinie. Oczywiście większość absolwentów wyjeżdża, ale chcą oni wyjeżdżać właśnie z Lublina, a nie z Krakowa czy Warszawy. Pracy szukają o połowę krócej, a pensje – zależnie od specjalności – otrzymują od razu 10-20 procent wyższe.

Hasło „Lublin na Wschodzie”, wymyślone kiedyś w konkursie na logo miasta, stało się faktem. Niedawno w jakichś badaniach okazało się, że Polacy rysując mapę Polski najczęściej najpierw zaznaczają swoją miejscowość, potem najbliższe duże miasta i Warszawę – a następnie Lublin.

Nie powinien więc dziwić fakt, że to z inicjatywy władz centralnych za rok otworzone zostanie superszybkie połączenie kolejowe z Warszawą. Większość lublinian łącznie ze mną była temu przeciwna, ale inwestor dorzucił się do nitki ekspresowej łączącej Lublin ze Lwowem i nie było wyjścia. Trochę boimy się, że warszawiacy rozdepczą nam miasto, ale dla Ukraińców i dla Lwowa warto zaryzykować.

Teren dawnych zbiorników osadnikowych koło cukrowni mijam w błyskach fleszy. To grupa japońskich turystów opuszcza nowo otwarte Centrum Edukacyjne „Pamięć Lublina i Lubelszczyzny” przy stadionie. Pewnie zaraz wsiądą do elektrycznego autobusu, by odwiedzić nasze zatłoczone Stare Miasto. Na szczęście rolę krakowskiego Rynku spełnia w Lublinie Podzamcze, więc ludzie mają się gdzie podziać i przed Bramą Grodzką nie ma ogonków. Ja dziś na Stare Miasto się nie wybieram. Za 15 minut mam godzinę jazdy konnej w przylegającym do drogi rowerowej kompleksie hippicznym, potem na torze rowerowym na Janowskiej chciałbym się spotkać ze starymi znajomymi, którzy ostatnio entuzjazmują się nartami wodnymi. Ja też próbowałem kilka razy, ale nie zrobiłem ani jednego okrążenia. To chyba nie dla mnie sport.

Z nostalgią wspominam czasy, kiedy jeździłem tędy rowerem z dziećmi. Czy nie żałuję, że nie zostało, jak było? Odstojniki trochę brzydko pachniały, to fakt, ale przynajmniej był spokój. Czy chciałbym, aby historia potoczyła się inaczej?

Wyrównuje oddech i wydłużam krok. Przede mną jeszcze daleka droga. Jak będę wracał, pogadam o tym nad Bystrzycą z bębniarzami.